Podróże małe i duże

Zwolennicy biwaków łączcie się…

„Było ciepłe lato, choć czasem padało…” No właśnie, zgodnie z tekstem popularnej kiedyś piosenki nadszedł najbardziej wyczekiwany czas w roku. A tu urlopu brak. Niestety sezon wakacyjny 2018 upływa pod znakiem remontu i czekającej wkrótce przeprowadzce na własne „M”. Ciągłe problemy z ekipą remontową, potyczki wokół wyboru koloru farb i armatury sprawiają, że perspektywa chwilowego relaksu oddala się w siną dal… Jednak od czego ma się kreatywnych znajomych. Pewnego upalnego wieczoru koleżanka proponuje weekend pod namiotami, ze spływem kajakowym jako główną atrakcją. Ponieważ w zeszłym sezonie nie zdecydowałam się na ów wyprawę w otoczeniu łona natury, w obawie przed kolejnym rokiem wypominania (rzekomej „księżniczkowatości”), postanowiłam rodzinnie wziąć udział w wyprawie. I jak się potem okazało, był to strzał w dziesiątkę. Ale po kolei.

Początkowy entuzjazm spowodowany podjęciem decyzji (Tak! Jedziemy! A co tam! Może być całkiem ciekawie!) szybko się ulotnił ze względu na całkowity brak biwakowego sprzętu! Dosłownie, nie mamy przecież nic, tylko dziecięcy namiot ale on się raczej nie nadaje… Ale ok, da się w nim przeżyć weekend, w końcu dzieci są jeszcze małe więc miejsca powinno wystarczyć. W końcu pojawił się punkt zaczepienia, ale co z resztą? I tutaj z pomocą przychodzą znajomi z pracy. A jak ! Do tego zaangażowani znajomi, dla których moja wyprawa na biwak stała się naprawdę ważna! Dziękuję Wam, uratowaliście nasz „byt”. Z prędkością światła znalazły się śpiwory, karimaty, lodówka turystyczna, śledzie namiotowe itd. I to nie tylko dla mnie ale dla całej mojej czteroosobowej rodzinki. Z dumą robię fotkę tego co udało mi się zebrać i puszczam do organizatorki wyprawy. Zaczyna pojawiać się optymizm i oczekiwanie (z nutą wątpliwości z tyłu głowy, mimo wszytko budzi się wygodnictwo z zamiłowaniem do all inclusive). To może być całkiem pozytywny weekend i jeszcze super atrakcja dla dzieci. Harcerski klimat może być całkiem spoko. Urlop załatwiony. Rodzina zadowolona. Jak się na dniach okazuje, ekipa na biwak całkiem spora, można by rzec cała kolonia! Jeszcze małe zakupy w Decathlonie i możemy się pakować. I tutaj pojawiają się pierwsze problemy…

Jak się szybko okazało, nasza „limuzyna” nie jest wystarczająco pojemna. Poza ekwipunkiem biwakowym, znalazły się jeszcze dwa pudła prowiantu, leżaki (firmowe, jak super), przedłużacze, czajnik, reklamówka wszelkiej maści leków (niezbędna przy dwójce dzieci). Ach, sporo tego… zważywszy, ze foteliki dziecięce wraz z chłopakami też zajmują dużo miejsca, a podróż musi być w pełni dla nich bezpieczna. Tutaj nie ma dyskusji. Sprawy nie ułatwia doskwierający upał, ale po dłuższej walce z naszym niemieckim bolidem dajemy radę. Wybija godzina zero i wyruszamy! Pierwsze koty za płoty…ale tylko pierwsze. Mniej więcej po 3 kilometrach trasy starszego syna dopada „foch wiercipięta”. Wszystko go boli, nie da rady dojechać (mimo, że to tylko godzina drogi), jest mu tak bardzo źle, że żaden argument nie jest w stanie pokonać jego „bólu istnienia”. Na szczęście w niedługim czasie, wraz z młodszą pociechą (mającą chorobę lokomocyjną, o zgrozo!) wpada w błogi sen i mamy z mężem choć chwilę spokoju i czasu na rozmowę. Klima chłodzi na maksa, odpalamy GPS-a i mkniemy w opolskie. Kajaki stoją przed nami otworem, a jak!

Późnym popołudniem docieramy na miejsce i jak się okazuję, jesteśmy pierwsi. Doprowadzamy dzieciaki do stanu „używalności” i z pewną dozą niepewności (czy to na pewno tu?) rozpoczynamy zwiedzanie terenu. Przy okazji klepiemy swoje miejsce w namiotowym szeregu. Niebawem zaczynają nadjeżdżać kolejni znajomi, rozbijamy (duże!) obozowisko. Weekend czas zacząć. Nareszcie.

Miejsce jest piękne, wokół drzewa i las, czysto i pachnąco przyrodą, nieco niżej rzeka, w której kąpiele są niesamowita frajdą dla całej rzeszy dzieciaków i dorosłych (schłodzenie idealne w panującym skwarze). Teren biwakowy zadbany, jest boisko i plac zabaw, miejsce na ognisko, bar z całkiem dobrym fast foodowym jedzeniem i kolorowymi lodami. Nawet „social” prezentuje się całkiem nieźle. Hurrra! Będzie można się normalnie wykąpać, wody nikomu nie zbraknie. Czego chcieć więcej? Chillout w pełni, doborowe towarzystwo, muzyka, wieczorny grill wraz z czymś nieco mocniejszym na rozpoczęcie pobytu 😉 Wracam w nocy (Serio! Sama jestem w szoku, w końcu śpioch ze mnie) do namiotu jako ostatnia i zapadam w błogi sen… Tak mija pierwszy, niesamowity wieczór. Czuje, że to będzie sympatyczny weekend. I tego mi trzeba, jak nigdy.

Budzę się wczesnym rankiem i wychodzę z namiotu zaczerpnąć świeżego powietrza. Jest na prawdę wilgotno, ale oddycham pełną parą. Trzeba się dotlenić. Nie przeszkadza mi, że moje włosy są porządnie skręcone (dosłownie nie znoszę tego, dlatego spakowana na dnie walizki prostownica czeka na użycie), siadam obok znajomego na leżaku i cieszę się chwilą i rozmową (nooo ok, przyznaję się, tabletka od bólu głowy została zażyta, nie było wyjścia), tak po prostu. Powoli wszyscy budzą się, dzieciaki chmarą wybiegają z namiotów i jemy wspólne śniadanie. Tak chwila z kubkiem kawy na leżaku pośród drzew, bezcenna. To jest to, czego mi było potrzeba, chwila błogiego relaksu. Be zmyśli o pracy, remoncie, domu, sprzątaniu. Do tego ogromna ilość Nutelli, bezkarnie 🙂 W końcu trzeba uzupełnić cukier przed spływem. A skoro już o tym mowa… Sobota upływa pod znakiem wodnych harców. Od rana wszyscy taplają się w rzece a po obiedzie udajemy się na spływ. Biorę młodszego dzieciaka i w drogę, 6 kilometrowa trasa dla rodzin stoi otworem. Dajemy z młodym radę, mimo iż trasa jest zapełniona kajakami. Sezon w pełni, ludzie tłumnie przybywają zażywać sportów wodnych, do tego na rzece zasuwają chłopaki z sąsiedniego wieczoru kawalerskiego. Jest mnóstwo ludzi, przez co każda próba wypłynięcia z mielizny (niestety zdarzało się na nam na niej cumować) kończy się fiaskiem. Używam wszystkich mięśni rąk, żeby nasz kajak zwrócił na właściwe tory (młody krzyczy: ‘mamo, znów stoimy”!), czasem wskakuje do rzeki żeby go po prostu obrócić. Zdarza się też, że pomagając nam inni „spływowicze”. Trasa bardzo fajna, z małymi niespodziankami po drodze dla podniesienia adrenaliny. Mąż i drugi syn również zadowoleni. Dopływamy do przystani i wracamy do naszego obozu. Zapowiada się ciepły i miły wieczór. Dziś już na spokojnie. Będą rozmowy, żarty a potem hooop do namiotu. Kurcze, całkiem nieźle się w nim śpi. Okazuje się, że ostatni raz przeżyłam takie biwakowe emocje w szkole podstawowej. A dziś, jako dorosła matka-polka mogę bawić się na nowo, w doborowym towarzystwie, bez spiny, zupełnie na luzie. Dobijamy do końca weekendu, niedziela upływa pod znakiem pakowania się i zawijania obozu. Nadal korzystamy z wszystkich atrakcji i cieszymy się otaczającą przyrodą ale przygoda powoli dobiega końca. Dzieci udają się na pobliskie pole paintballowe i zbierają amunicję, tzw „kulki”. Mimo skwaru zabawa jest przednia. Sama wskakuję do „opuszczonego autobusu” żeby uzbierać cenne skarby. Budzi się we mnie „mała Gosia”, która skakała z chłopakami po drzewach i uwielbiała szaleństwa. Szkoda, że nie można choć na chwilę, dosłownie jedną mała chwilę cofnąć się do dzieciństwa… Ale teraźniejszość, nasze tu i teraz, ukształtowana jest wszystkim tym, co już przeżyliśmy, również w naszych najmłodszych latach. Mówi się, że dziecko tkwi w każdym z nas, a ja się z tym w 100% zgadzam, to prawda. Mało tego, kto całkowicie utracił ten pierwiastek, może tylko pluć sobie w brodę. Dosłownie. Dużo traci, a co ! Ale wracając do tematu… wszystko co dobre, szybko się kończy Zjadamy jeszcze wspólnie obiad w pobliskiej knajpie i wracamy do domu. O dziwo w drodze powrotnej dzieciakom dopisuje energia i drzemce nie ma mowy. Tradycyjnie wałkujemy temat piłki nożnej, starszy syn nie zamierza odpuszczać 🙂 Wątek Realu Madryt i sławnego „Cristiano” stał się powoli u nas tradycją. Gdy dobijamy do Rybnika u młodego uaktywnia się choroba lokomocyjna, zatem czas trochę przyspieszyć, żeby na ostatnim etapie trasy nie było przykrych niespodzianek.

No i wróciliśmy. Trzeba rozpakować wszystkie graty i odpalić pralkę. Jutro powrót do pracy więc trzeba wszystko ogarnąć. Mój pedantyczny charakter nie pozwala mi odłożyć porządków na później, no way. Ma być ze składem i ładem, jak zawsze. Choć ma to swoje niewątpliwe zalety, czasem współczuje mojej rodzince, nie jest łatwo ze mną żyć, oj nie. Pani „chodząca zasada” to niełatwy orzech do zgryzienia. Myślę jednak, że ta moja wewnętrzna konsekwencja przynosi rezultaty w nieustannej pracy na sobą. Będzie też (mam nadzieję) wartością na przyszłość dla moich pociech. Czasem jednak warto odpuścić… i ten weekend trochę mi to uzmysłowił. Postaram się, obiecuję, że spuszczę z tonu (od czasu do czasu oczywiście ). Najważniejsze to żyć w zgodzie z samym sobą i ciągle się uczyć, by być szczęśliwym i spełnionym. Zgodzicie się ze mną? Taka refleksja mnie naszła, więc musiałam to ująć, bez małego filozofowania nie byłabym sobą.

Biwakowy weekend zaliczam do niezwykle udanych, w przyszłym roku zamierzamy to powtórzyć. Skrupulatnie będziemy gromadzić sprzęt, żeby mieć swój własny biwakowy ekwipunek. Jeszcze raz dziękuję dziewczyny! Uratowałyście nas, powaga! Na podsumowanie chce powiedzieć, ze wycieczka na łono natury ze wspólnym prysznicem może być całkiem fajna. Okazało się, że do pełni szczęścia i relaksu nie jest potrzebny wysoki standard w hotelu (oczywiście, dotyczy to krótkich pobytów). Wystarczy zaopatrzyć się w dobry humor i duża dawkę optymizmu, a potem już z górki. Jeśli do tego mamy doborowe towarzystwo i zadowolone dzieciaki, to w zasadzie jest już wszystko. Baterie naładowane a z tyłu głowy kłębią się pozytywne emocje. Te, które powodują uśmiech na twarzy bez powodu, uwielbiam ten stan. Będzie co wspominać. Ale wszystkiego nie mogę zdradzić. Ciekawe jakie wrażenia przyniesie następna wyprawa. Już nie mogę się doczekać 😉

A wszystko miało miejsce w ZIAJA Kajaki – Przystań AMAZONKA,
47-110 Kolonowskie, ul. Kajakowa 1

Serdecznie polecam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *