Podróże małe i duże

Z głową w chmurach. Czechy część II

W niedzielny poranek budzi mnie słońce, znów zapowiada się piękna pogoda. Jak zwykle wstaję dość wcześnie. Pomimo wygodnego łóżka nie mogę spać, taka już moja natura rannego ptaszka. W przeciwieństwie do mnie, dzieci śpią jak zabite. Musimy je budzić i zaganiać do porannej toalety, gdyż nadeszła pora śniadania i dalszej części wycieczki. Klimat pensjonatu oraz okolicy zdecydowanie im służy, młodszy syn jest nim wręcz zachwycony. Mogę już teraz zdradzić, że w drodze powrotnej był szloch i płacz. Maks zapragnął go kupić i w nim zamieszkać, a przyszłości prowadzić, stwierdził, iż to jego miejsce na ziemi. Urocze, choć ciężko było go uspokoić 🙂 Rzeczywiście miejsce ma swój kameralny, uroczy klimat. Śniadanie jest proste ale pyszne, a kawa na tarasie, w promieniach słońca to już spełnienie moich marzeń. Uwielbiam takie momenty, są dla mnie chwilą odskoczni od rzeczywistości. Wraz ze znajomymi dziękujemy właścicielom za gościnę, pakujemy rzeczy do samochodów i żegnamy się z Penzion Adler.

Zgodnie w planem naszej wyprawy udajemy się do do Dolni Morava na Sky Walk, czyli Spacer w chmurach. W dotarciu na miejsce docelowe korzystamy z wyciągu (trochę ze względu na dzieci, trochę przez nasze lenistwo :P), jednak nie ma co żałować, gdyż już na wstępie można podziwiać otaczające widoki. Na dodatek mój starszy syn po raz kolejny pokonuje lęk wysokości i przestrzeni, mimo stresu to ogromny plus tej przejażdżki. W końcu docieramy do podnóża ogromnej konstrukcji, której ścieżka ma nas poprowadzić prosto w chmury. Wieża ma wysokość 55 metrów i znajduje się na zboczu góry Slamnik, na wysokości 1116 m n.p.m. Na jej szczycie rozpościera się widok na Masyw Śnieżnika wraz z doliną rzeki Morawy. W oddali zobaczyć można grzbiety Karkonoszy. Spacerujemy po szerokiej, drewnianej kładce, gdzie bez problemu mieści duża ilość odwiedzających. Pomimo dużego wiatru, który skutecznie chłodził, ścieżka jest całkowicie bezpieczna, więc żwawym krokiem mkniemy na szczyt. Po drodze mijamy siatkowy tunel, którego przejście gwarantuje szybsze pokonanie kilku pięter. Starsza córka znajomych oraz mój młodszy syn oczywiście od razu ładują się do wlotu. Wraz z koleżanką wchodzimy za nimi żeby ich asekurować. I bardzo dobrze, gdyż w pewnym momencie Maks trochę się wystraszył. Duża wysokość, szczególnie po spojrzeniu w dół swoje robią, sama poczułam się nieco niepewnie… Adrenalina miesza się ze strachem, jednak dzieciaki wzajemnie się motywują więc pokonujemy tunel i dalej mkniemy w górę. Docierając na szczyt wieży pozostaje już tylko (aż!) podziwiać piękny krajobraz, cieszyć otwartą przestrzenią, wdychać pełną piersią czyste i rześkie powietrze. To jest ten moment, gdy człowiek może poczuć wolny, sama na sam z własnym „ja”. Wyciszyć emocje, na chwilę odpocząć, tak po prostu. Dodatkową atrakcją jest tutaj wysunięte na tarasie „gniazdo”, czyli ogromny hamak na który można wejść, położyć się, pobujać, cokolwiek. A pod nim… bezkresna przestrzeń. Sky Walk lubi dostarczać wrażeń, bardzo fajne przeżycie. Podczas powrotu również można poczuć adrenalinę i skorzystać ze zjazdu zjeżdżalnią o długości 101 m. Na ten moment naszej ekipy to jednak nie dotyczy, może w przyszłości. Czas schodzić w dół i dostarczyć sobie nieco kalorii. Oj tak.

Po zejściu planujemy mały piknik. Rozkładamy kocyk obok górki (!) śniegu, jednak zaczyna padać deszcz więc zwijamy ekwipunek. Udajemy się do pobliskiej restauracji dużym tarasem, z którego rozchodzi piękny widok na góry i okolicę. Kawa, lody i powrót słońca dodają energii, lecz czas już wracać do samochodu. Ostatni głęboki wdech orzeźwiającego powietrza. Wskakujemy na wyciąg i udajemy się w stronę parkingu. No prawie, gdyż dzieci muszą zaliczyć kilkanaście zjazdów na pobliskiej zjeżdżani. Ich energii nie widać końca. Weekend w Czechach dobiega końca, z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, że warto było tu przyjechać. Widoki i wrażenia bezcenne, a o to przecież chodzi. Wraz ze znajomymi zmęczeni ale zadowoleni wracamy do Rybnika. Oczywiście z małym postojem na hot doga 😉 Okazuje się, iż większość stacji benzynowych nie jest przygotowanych do wydania 8 sztuk kiełbasek, wooow! W końcu udaje się znaleźć taki punkt, więc posileni udajemy się do domu. Jak to mówią: home sweet home.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *