Bez kategorii,  Łapię życie garściami

Gotowa na zmiany? Słów kilka o motywacji w „Mistrzyni” Małgorzaty Szafrańskiej

Pierwszy raz na blogu podejmuję temat moich refleksji na temat książki 📖. Od razu się wytłumaczę: z mojej strony to ogromne faux pas, gdyż czytanie jest moją największą pasją. Książki towarzyszą mi od zawsze, toteż nie bez przyczyny wybrałam studia polonistyczne. Pamiętam czasy, kiedy zaczytywałam się do tego stopnia, że „zarywałam” nocki, by tylko doczytać do końca. A takich wyjątkowych, wciągających egzemplarzy było mnóstwo. Co więcej (przyznaję się bez bicia) uwielbiam ich zapach, uwielbiam dotykać palcami strony i choć na chwilę oderwać się od przyziemności. Chyba nigdy nie przekonam się do audiobooków… aczkolwiek absolutnie nie jestem ich przeciwnikiem. To świetna sprawa, szczególnie na długie podróże samochodem, nawet z dzieciakami. Z perspektywy czasu mogę śmiało stwierdzić, iż czytanie książek nie tylko znacznie pogłębiło moją wiedzę i język, ale też znacząco wpłynęło na wyobraźnię. I to w sumie najważniejsze, gdyż pozwoliło mi otworzyć najbardziej skrywane i zamknięte szufladki. Cieszy mnie też fakt, że lekturowego bakcyla połknął mój 8-letni syn, co z pewnością pozytywnie wpłynie to na jego rozwój 😊. Czasem leżymy razem na kanapie i urządzamy wspólne czytanie powieści. To mega fajne uczucie. Ale wracając do tematu, od tej pory postaram się wrzucać więcej postów na temat książek które pochłaniam. Zapraszam do wspólnego dzielenia się wrażeniami z przeczytanych lektur.

Dziś na tapetę trafia Mistrzyni Małgorzaty Szafrańskiej. Na książkę trafiłam całkiem przypadkiem szukając czegoś na portalach wydawniczych (nawet nie pamiętam czego), nie mając świadomości, iż autorka prowadzi całkiem prężny kobiecy blog. Oczywiście już nadrobiłam zaległości w tym temacie. A tak serio, do zakupu zachęcił mnie krótki opis fabuły oraz sugestia, że jest to powieść dla kobiet szukających inspiracji. Zaś fakt, iż główna bohaterka jest moją imienniczką uznałam za oczywisty znak. Zamówiłam więc jak najszybciej i przeczytałam w mig, w szczególności, że aktualny etap w moim życiu wypełniony jest szlifowaniem motywacji i chmarą refleksji. Najogólniej rzecz ujmując książka opowiada o zmaganiach bohaterki Gośki (alter ego autorki?) z własnymi słabościami, lękami, kompleksami oraz brakiem wiary w siebie i własną wartość. Która z nas tego nie doświadczyła? Nawet jeśli nie jest to stan permanentny, to założę się, że takie poczucie pojawiło się w głowie każdej z nas. Oby tylko chwilowo, w gorszym okresie życia, bez kiełkowania latami. Gosia spotyka jednak na swojej drodze wyjątkowego mężczyznę, pewnego siebie i bogatego biznesmena Damiana, który całkowicie zmienia jej podeście do życia i samej siebie. Oczywiście małymi kroczkami, nic przecież nie dzieje się na hop siup. Dzięki niemu po raz pierwszy wypowiada słowa będące puentą tej powieści: Jestem Mistrzynią Własnego Życia. W opowieści pojawiają się wątki małżeństwa, związków, rodzicielstwa, przyjaźni oraz romansu. Bez ściemy, po prostu z życia wzięte. Przeplatają się w niej wszystkie uczucia, od tych tych smutnych i bolesnych, po radosne i pełne pożądania. Książkę czyta się zachłannie, a każdy rozdział zakończony jest przemyśleniami związanymi z kobiecym postrzeganiem własnego „ja” oraz towarzyszącymi mu wątpliwościami i rozterkami. Autorka nierzadko również udziela porad. pt. stwórz swój dziennik/planner z celami i postanowieniami, co moim zdaniem jest całkiem trafionym pomysłem terapeutycznym (sama wypróbowałam). Na koniec główna bohaterka wyrusza w długą podróż, by po wielu latach szukania odnaleźć w końcu odpowiedź na kluczowe pytania dotyczące własnego „ja” i swojej legendy. Opowieść finalnie kończy seria przemyśleń i rad autorki na temat ról i relacji w związkach oraz podjęcia decyzji o zmianach. Trzeba nauczyć się sztuki odbudowywania siebie i życia zgodnie z japońską tradycją naprawy popękanej ceramiki zwanej KINSTUG. Cytując autorkę: nie wystarczy pozbierać popękanych kawałków, zebrać je w dłoni i już zrobione. By stać się silniejszą, bardziej odporną, musisz jeszcze posklejać zebrane kawałki i ozdobić sproszkowanym złotem, by zamiast wstydu czuć dumę, kiedy wspominasz swoje stoczone walki. W sumie podpisuję się pod tymi słowami bez dwóch zdań. Przyznam szczerze, że bardzo chcę przeczytać kolejną część cyklu.

W internetowych opisach Mistrzyni Małgorzaty Szafrańskiej można przeczytać, że to opowieść napisana tak, by zachęcić nawet te kobiety, które nie lubią bądź nie mają czasu czytać. Dlaczego warto ją przeczytać? Przede wszystkim aby poddać się refleksji na temat codziennych ograniczeń i poczucia własnej wartości. Nie żyjemy po to, by być doskonale, by robić wszystko dla innych całkowicie zapominając o sobie. Dla mnie, perfekcjonistki która niejednokrotnie działa jak robot, to bardzo istotna sprawa. Tak naprawę wszystko leży w naszych głowach. Kluczem do sukcesu jest zaakceptować i pokochać samą siebie, zrzucić maski, wyjść z cudzej skóry i otworzyć na ogrom możliwości które niesie każdy dzień. Być wdzięczną za radość i dobro których doświadczamy. Spełniać marzenia, realizować wytyczone cele, zawalczyć o siebie i przede wszystkim pracować na sobą i relacjami z innymi. Praca, praca i jeszcze raz praca. To cholernie trudne ale wiem, że możliwe. A Mistrzyni jest świetną motywacją by działać i wdrożyć zmiany w swoje życie. Nie jutro, nie w przyszłym tygodniu czy za miesiąc. Dziś, teraz, zaraz. Bez wymówek, że nie ma czasu bo praca, bo dzieci, bo mąż, bo obiad czy pranie. W jakimś stopniu ten moment nadszedł i dla mnie, więc zakasam rękawy 💪. Książkę Szafrańskiej odbieram jako pozytywnego kopa do działania. Z czystym sumieniem polecam więc każdej kobiecie (i nie tylko). A ponieważ trwa okres urlopowy, na pewno znajdziecie chwilę na lekturę. Jest bardzo wciągająca więc zapewniam, że pochłoniecie ją w szybkim tempie 🙂 A na koniec standardowo „wisienka na torcie”, czyli jeden z moich ulubionych fragmentów książki:

(…) Kobiety wierzą w ideały i same chcą być idealne. Ale nie da się być idealna kobietą, coś takiego nie istnieje. To jak z tym domem. Nie można mieć wszystkiego na miejscu, równo pookładane w idealnej harmonii, bo wtedy czujesz, że coś jest nie tak. Kobieta musi być jak natura: dzika, nieprzewidywalna, energiczna, nieparzysta i nierówna. Każda z nas ma dwa nierówne cycki, nierówno osadzone oczy czy krzywe palce. I tak ma być (…).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *