Podróże małe i duże

Moje wielkie greckie wakacje

I przychodzi ten najbardziej wyczekiwany moment w roku – urrrlop! Znacie to błogie uczucie, kiedy planowane na kilka miesięcy wstecz wakacje w końcu nadchodzą? Niezależnie od tego gdzie się wybieramy, w słowie URLOP kryje się coś magicznego. W tym roku wraz z rodziną postanawialiśmy udać się na Kretę, zażyć słońca, morskich kąpieli i urządzić sobie kilkudniową objazdówkę po wyspie 🇬🇷. Dokładnie 11 lat temu miałam okazję polecieć tam z mężem w podróż poślubną i bardzo mi się podobało. Fakt, że wtedy byliśmy tylko w dwójkę i był to nasz honey moon zmienia trochę kontekst wyjazdu ale chciałam pojechać tam jeszcze raz, tym razem już w 4-osobowym składzie. No i w końcu nadchodzi czas pakowania, przedwyjazdowej gonitwy, załatwiania wszelkich spraw zawodowych. Pojawia się oczywiście delikatny stresik (czy na pewno wszystko mamy? Czy w tym roku dzieci się pochorują? Czy wszelkie formalności ogarnięte?) ale też wielka ekscytacja. Zatem sierpniowo przygodo czas start!

Zaplanowaliśmy sobie pobyt w kameralnym, rodzinnym hotelu w miejscowości Heronissos w północnej części wyspy, bez wygód all inclusive ale za to z śniadaniami i kolacjami serwującymi greckie dania. Jak się szybko okazało, nasze miasteczko było dość gwarne i imprezowe ale daliśmy radę. Co prawda marzył nam się błogi spokój, jednak Kreta jest wyspą tłumnie odwiedzaną przez turystów, zatem ciężko go tutaj znaleźć. Na co dzień korzystaliśmy z kąpieli we wzburzonym falami morzu (dosłownie!) i relaksu przy hotelowym basenie. Dzieciaki ochoczo tworzyły budowle z pisaku, nieustannie podmywane przez fale. Słońce paliło nam skórę ale na szczęście wiatr neutralizował nieco doskwierające gorąco. Wieczorami urządzaliśmy sobie długiej spacery wzdłuż wybrzeża, by w pełni czerpać grecki klimat, no i ruch musi być 💪. Codziennie rano piłam kawę na hotelowym balkonie, to mój urlopowy obowiązek, bardzo mnie relaksuje i pozytywnie nastraja. Ciężko jednak wytrzymać 10 dni na ciągłym „plażingu” więc zgodnie z planami wynajęliśmy samochód by odwiedzić kilka malowniczych zakątków🚗.

W pierwszy dzień z naszą czerwoną Yariską udajemy się na południe do Matali, by zobaczyć malowniczą plażę pośród skał z wydrążonymi jaskiniami. W latach 60-tych i 70-tych wioska była mekką hippisów, a dziś jest mekką turystów. Bardzo urokliwe miejsce, jednak przedostanie do morza po palącym stopy piachu w tłumie ludzi jest nieco męczące. Widać to już przy wjeździe na parking, gdzie znalezienie wolnego miejsca graniczy z cudem. No cóż, takie uroki urlopu w szczycie sezonu, trzeba krzesać w sobie siłę i do przodu. Oczywiście pstrykamy pamiątkowe foty i dalej w drogę. Zahaczamy o Aquaworld Aquarium gdzie mogliśmy podziwiać gady i inne morskie stworzenia z całego świata 🐍🐢🦎. Większość z nich to niechciane i uratowane zwierzęta, a pracownicy zapewniają im opiekę oraz nowy dom. Robią to z pasją i oddaniem, zatem ogromny szacunek dla nich. Bardzo fajne miejsce, szczególnie dla dzieci. Można było pogłaskać żółwia czy pałaszującego kwiaty gekona ale też wziąć na rękę węża. Nam udało się chwilę potrzymać boa rainbow z Kolumbii, bardzo fajne doświadczenie, zarówno dla mnie jak i moich chłopców. Wieczór spędzamy na spacerze po stolicy Krety – Heraklionie. Tam to dopiero są tłumy! Miasto tętni życiem na całego, nawet przejście przez ulicę jest wyzwaniem, szczególnie, że Grecy mają specyficzny styl jazdy, w zasadzie to jeżdżą jak szaleni. Odnosi się wrażenie, że znaki drogowe są im niepotrzebne 😉. Wędrujemy po portowej części miasta a potem trafiamy w samo centrum, pełne gwaru, zaludnionych tawern i ulicznych muzyków. Dodajemy sobie energii ogromną i przepyszną porcją lodów, choć w drodze powrotnej do hotelu dzieci od razu zapadają w błogi sen. Tak mija nam pierwszy wycieczkowy dzień. Pora spać i doładować baterie na kolejny etap ”Kreta trip”.

W drugi dzień naszej objazdówki wybieramy się na zachód. Ten rejon ma dla mnie sentymentalne znaczenie, gdyż podczas podróży poślubnej spędziłam tam cudowne chwile i swoisty zachwyt, szczególnie portowym miastem Chania. Postoje rozpoczynamy od pikniku i kąpieli nad Kournas Lake, jeziorem pośród gór. Od razu doświadczamy powtórki z rozrywki, zatłoczonego parkingu, ogromu straganów z pamiątkami i tłumów nad brzegiem. Mam nieodparte wrażenie, że przez przez te kilkanaście lat miejsce to dużo straciło na swoim uroku, teraz wygląda pięknie już chyba tylko na widokówkach… Nie ma się co załamywać, wyruszamy dalej i po drodze przypadkowo udaje nam się znaleźć skrawek plaży, na którym brak parasolów, leżaków i tłumów (w końcu!) 🏖. Rozkładamy koc, mąż z starszym synem nurkują, młodszy bawi się na brzegiem morza a ja odpoczywam. Totalny spontan jest strzałem w dziesiątkę. W końcu możemy się w pełni zrelaksować, pobyć ze sobą, tak po prostu. Takie chwile są niezwykle potrzebne podczas urlopu, wręcz bezcenne. Potem przebieramy się, wrzucamy mokre stroje do bagażnika i udajemy się do punktu kulminacyjnego dnia – swoistej kreteńskiej Wenecji – miasta Chania. Mimo iż turystów jest mnóstwo, przeżywam po drugi zauroczenie tym miejscem. Wąskie klimatyczne uliczki i część portowa aż zachęcają do spacerów. Piękna architektura i bijąca zewsząd radosna, pełna otwartości atmosfera jest tym, co na zawsze pozostanie w moich wspomnieniach. Jemy pyszną kolację tawernie nad brzegiem morza, smakujemy ryb i owoców morza, nasze kubki smakowe wariują z zachwytu. Nie wspominając już o cudownym bukiecie aromatów ukrytym w greckim winie…🥂 Całości dopełnia przemiła obsługa i grecka gościnność, która trafia w nasze serce. Cieszę się, że znów miałam okazję tam pojechać, może za kilkanaście lat znów je odwiedzę. Do trzech razy sztuka. Cudowne zwieńczenie dnia.

Ostatni dzień podróży niezawodną Toyotą poświęcamy na wschodnią część wyspy. Udajemy się na rajską plażę Vai słynącą z największego naturalnego gaju palmowego w Europie 🏝. Niestety większość drogi przebiega przez górskie serpentyny, więc choroba lokomocyjna młodszego syna uaktywniła się w pełni. W końcu nieco wykończeni docieramy na miejsce a tu bach! Pełny parking i brak miejsc. Zaskoczeni? Nie, przecież to standard. Na szczęście szybko znajdujemy miejsce postojowe i udajemy się czerpać z uroków greckich Karaibów. Tradycyjnie korzystamy z morskich kąpieli a nagromadzone gęsto palmy dają cień i trochę wytchnienia. Przyznaje się, że ucinam sobie nawet małą drzemkę, jak ja lubię takie chwile 😋. W tym momencie powinnam podziękować mojemu mężowi, że dzielnie ogrania i pilnuje naszą parę łobuzów. Wdrapujemy się też na skałkę widokową i podziwiamy to, co maluje przed nami horyzont. Miejsce piękne i mimo trudów podróży warto było udać na sam kraniec wyspy. W drodze powrotnej zahaczamy o Agios Nikolaos, miasto świętego Mikołaja. Robimy szybki spacer po porcie, masowo pstrykamy selfi i dodajemy sobie energii słodkimi lodami (chyba jestem uzależniona). Potem wracamy już do naszego hotelu i zdajemy wynajęty samochód. Trzy objazdowe dni mijają szybko i intensywnie. Kreta jest piękną wyspą, choć tłumnie odwiedzaną przez turystów. Zresztą nie ma się co dziwić, nie powinniśmy się czuć zaskoczeni. Warto więc ruszyć w drogę i szukać odosobnionych perełek. Z pewnością pozytywne wrażenie zrobiły na mnie klimatyczne portowe miasta, z pięknymi widokami, nasycone zapachem morza. Oferujące pyszne lokalne jedzenie, tętniące życiem i gościnnością. I właśnie te obrazy, te doznania zachowam w swoim podróżniczym bagażu już na zawsze.

Pozostałe dni spędzamy na błogim lenistwie i nadal wyruszamy na długie, wieczorne spacery. W ostatni dzień żegnamy się z morzem i tradycyjnie wrzucamy do niego monety, znak przyszłego powrotu do tego samego miejsca. Urlop szybko dobiega końca, czas się pakować i wracać do domu. Greckie wakacje uważam za udane. To mój trzeci pobyt na greckich wyspach i śmiało mogę stwierdzić, że śródziemnomorski klimat bardzo mi służy☀🌊. Ma swoje charakterystyczne, niepowtarzalne „smaczki”, a ich koloryt bardzo mi odpowiada. Pomimo upałów i tłumu turystów udało się nam wypocząć i oderwać od codzienności, którą zostawiliśmy w Polsce. I to jest sedno udanego urlopu. Moje motto podróżnika brzmi: doświadczać, poznawać i cieszyć się każdą chwilą, niezależnie gdzie się udamy. Każda wyprawa czegoś uczy, każda wyprawa coś nam daje. Ciekawe gdzie pojedziemy w przyszłym roku? Planów i opcji jest wiele, oby udało się je ziścić. A póki co, czas wracać do pracy…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *